Relacje,  Sport

Ślężański Festiwal Biegowy

Nie zliczę ile razy jadąc w góry mijałam drogowskaz na Sobótkę i masyw Ślęży. Za każdym razem myślałam, że to miejsce musi kiedyś stać się nie punktem mijanym na mapie a celem mojej podróży!

 
Taka okazja nadarzyła się w pewien wrześniowy weekend dzięki udziałowi w Ślężańskim Festiwalu Biegowym.

Z niecierpliwością odliczałam dni do tego wydarzenia. Cieszyło mnie wszystko – perspektywa noclegu w Schronisku Pod Wieżycą – czyli dokładnie w miejscu startu, udział w biegu na ulubionym przeze mnie dystansie półmaratonu (dokładnie 23 km) oraz to co czekało mnie później – Góry Sowie.

Dzień wcześniej niestety pogoda się psuje – deszcz pada całą drogę do Sobótki oraz w nocy… Rano jednak budzi mnie słońce (niestety niewystarczające, by osuszyć trasę).

O świcie słyszę jak wybiegają długodystansowcy na 80-kilometrową trasę, później rusza Maraton Ślężański. Półmaraton startuje o 10:30, więc jest czas by się i wyspać i zjeść śniadanie.
Pusty jeszcze wczoraj plac przed schroniskiem tętni życiem, wszędzie stragany z odzieżą sportową, jedzeniem, lokalny browar Pod Wieżycą też ma tu swoje stoisko.

Fotografowie robią zdjęcia, serdeczni wolontariusze służą pomocą – organizacja jest rewelacyjna! Pakiet startowy też na bogato – zaskakują mnie całkiem fajne czapeczki z logo festiwalu.

O 10:30 ruszamy! Jak to zwykle bywa na górskich biegach – prawie natychmiast robi się „pod górę” – bez zbędnych ceregieli bierzemy się za szczyt Ślęży! Podczas całej trasy będę ją zdobywać dwa razy, z dwóch różnych stron.

Nagle przyjemna leśna ścieżka zamienia się w tzw. „kocie łby” a potem… przepraszam, czy ja jestem na jakimś biegu w Górach Stołowych?! 

Nigdy wcześniej nie byłam na Ślęży. Nie miałam pojęcia, że jest tu tak… kamieniście! Głazy jak na podejściu na Szczeliniec, jakieś kamienne schody…

A wszystko to mokre i śliskie po deszczu. Na szczyt wdrapuję się z myślą, że to chyba jakiś żart. Na szczęście tam już czeka pierwszy punkt odżywczy. Standardowo – woda (na głowę), cola do żołądka i w drogę!

Na Ślęży odbywa się jakieś religijne wydarzenie, młodzi ludzie przybyli tu z pielgrzymką, w tle puszczono muzykę… jakie to nierzeczywiste! Myślę sobie – każdy przybywa tu z czymś innym, każdy coś „niesie” ze sobą na Ślężę – i oni i biegacze zapewne też… myślę że wielu biegaczy, szczególnie ultra zgodzi się ze mną gdy napiszę, że bieganie też jest jakąś formą modlitwy, zadumy, myśli wzniesionych gdzieś wyżej?

Wiem, że muszę kamienne schody prowadzące do kościoła pokonać biegiem. Tak zresztą została poprowadzona trasa – na samą górę, od kościoła odbijam w lewo i lecimy… w dół.

Teraz już nie biegnę. Schodzę pomału, parę razy się ślizgam, myślę sobie „te sudeckie skały kiedyś mnie zabiją” i tęsknię bardzo za bieszczadzkimi ścieżkami w bukowych lasach…


Niestety wyprzedza mnie wielu biegaczy… To co udaje mi się „ugrać” na sprawnych, mocnych podejściach oraz kiedy robi się płasko i przyspieszam do całkiem fajnego tempa, tracę momentalnie, gdy pojawiają się strome, kamieniste zejścia.


Podziwiam technikę tych co zbiegają sprawnie, przeraża mnie brawura co niektórych… I nachodzą mnie różne refleksje. Warto ryzykować żeby „przesunąć się kilka miejsc w stawce”? Moja odpowiedź brzmi – NIE.


Za bardzo cenię zwróconą mi sprawność. Za to gdy teren się wypłaszcza czuję w nogach siłę i udaje się przyspieszyć. Cieszy mnie, że teraz to ja wyprzedzam. Kilka zawodniczek, z którymi tasuję się na trasie zostawiam wreszcie za sobą.

Jest sobota, południe, tłumy spacerowiczów u podnóża Ślęży, których trzeba jakoś wymijać. W pewnym momencie, kiedy już zaczyna się drugie zdobywanie szczytu dzieje się coś co kocham w górach najbardziej – zostaję na trasie sama. Dużo lepsi dawno polecieli dalej, słabsi daleko za mną, jestem tylko ja, cisza i obłędna przyroda!

Jest dokładnie tak jak marzyłam – delikatne promienie wrześniowego słońca przebijają się przez drzewa, pachnie mech, na ścieżce leżą pierwsze, opadłe liście. Korony drzew powoli się złocą – jest bajecznie!


Drugie podejście na Ślężę jest zdecydowanie gorsze. Siły wracają mi po 2 saszetkach Aquonu Hyper i dekstrozie. Już nawet nie korzystam z ostatniego punktu odżywczego. Do mety zostały jakieś 4 km. Gdyby tylko była to płaska droga i dało się przyspieszyć… zmieściłabym się w 3h myślę sobie… ale wiem, że nie przyspieszę. Zwolnię strasznie znowu schodząc po kamienistym zboczu w dół… Dopiero na ostatnich 1-1,5 km można coś nadrobić.


Na metę wpadam po 3h i 13 minutach. Medal który zostaje mi zawieszony na szyi jest… najpiękniejszy w mojej dotychczasowej kolekcji.


Na zdjęciach w internecie nie prezentował się aż tak okazale! Jest WIELKI ceramiczny, z niedźwiedziem, który jest symbolem Ślęży a od teraz także symbolem mojej siły.

Dopada mnie Nastka! Mój najukochańszy, mały kibic! To najpiękniejsza nagroda.

Z biegu jestem zadowolona. Czy mogłam zrobić TO lepiej? Tak! Wiem, że byłabym w stanie zmieścić się w 3 h. Po biegu czułam w nogach jeszcze zapas siły i gdyby tylko był przy mnie odpowiedni kompan (tak tak Marcin – o Tobie myślę!) z chęcią dorobiłabym więcej kilometrów.


Żeby jednak złamać 3 h musiałabym:
– zdać się tylko na swoje picie i zrezygnować z coli na punktach odżywczych;
– zrezygnować z wyssania pół kg pomarańczy, które uwielbiam;
– zrezygnować ze zrobienia kilku fotek i filmiku na szczycie Ślęży;
– zaryzykować zbieg po skałach.


Czy chciałabym to zrobić? NIGDY w życiu! 


Dla mnie wszystkie te elementy to składowe biegania długodystansowego w górach, one tworzą klimat, historię i zapadają w pamięć na zawsze.

Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie co jest jego priorytetem podczas biegu. Dla mnie każda odpowiedź jest godna szacunku i podziwu – czy to będzie czas/miejsce na mecie czy to będzie napisanie „ciekawej biegowej przygody”.


Na koniec dodam – Kochani! Warto czasem rzucić wszystko i pojechać… na Ślężę! Ok 3,5 h drogi od Dębowej Góry czeka na nas MAGIA. Prastara Ślęża, kiedyś miejsce kultu słowiańskich bogów, dziś już bardziej „cywilizowana”, ale nadal tajemnicza, z niesamowitym klimatem i prawdziwie sudeckim charakterem!


Cieszę się bardzo z tego biegu, choć nie ukrywam, że odwykłam od startów w pojedynkę i brakowało mi na mecie słów „dobra robota!” od Marcina. Dziękuję mu za niezliczone słowa wsparcia i śledzenie na bieżąco moich postępów na trasie. Ktoś jednak musiał nas godnie reprezentować na jesiennej edycji 4 Pór Roku na Dębowej Górze.

Używamy plików cookies w celu optymalizacji naszej witryny.
View more
Akceptuję
Odrzucam