Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Relacje

Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej

To była bez wątpienia przygoda życia!
 
Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej ma w sobie coś z magii. Świadczy o tym fakt, że kto raz tu przyjedzie – szybko się od tego uzależnia.
We wrześniu 2021 r. wystartowałem po raz czwarty – każde Przejście było inne. Tym razem było najtrudniej. Ale ani przez moment nie wątpiłem, że dotrę do mety. Szczególnie, że razem ze mną szła Dominika – tak samo uparta w dążeniu do celu jak ja.
 
Innej opcji niż zwycięstwo – czyli dotarcia do mety – nie było. Byliśmy do startu przygotowani w 100% i ustaliliśmy, że dla nas punktów transportowych nie ma – idziemy do końca. Nie ścigaliśmy się z czasem. Celem była meta. Dzięki temu był czas na robienie zdjęć i po raz pierwszy zapamiętałem z Przejścia Kotliny każdy metr trasy. Nie było psychicznych zjazdów, jak w latach poprzednich. Oprócz treningów pomogło nam też idealne spakowanie plecaków. Prawie wszystko się przydało, niczego nie zabrakło.
Gotowy do wyrypy!
Gotowy do wyrypy!

Od startu przy dolnej stacji wyciągu w Szklarskiej Porębie aż do Domu Śląskiego trzymamy dobre tempo, z przerwami jedynie na robienie zdjęć. Mijamy m.in. Szrenicę, Łabski Szczyt, Wielki Szyszak, Mały Szyszak, Smogornię. Szkoda, że mgła i brzydka pogoda uniemożliwiają podziwianie widoków, które w Karkonoszach są obłędne.

W pobliżu Szrenicy
W pobliżu ukochanej Szrenicy
Mimo mgły i tak jest świetnie!
Mimo mgły i tak jest świetnie!
W Domu Śląskim pierwsza dłuższa przerwa. Przed atakiem na Śnieżkę zamawiamy obiad i zajmujemy się kosmetyką stóp, co jest kluczowe przed dalszą wędrówką.
 
Śnieżkę zdobywamy w bardzo szybkim czasie. Beznadziejna pogoda, temperatura w okolicy 0 stopni zachęcają do trzymania żwawego tempa. Wiatr jest tak mocny, że gdyby nie ciężki plecak to by mnie zdmuchnęło ze ścieżki. Szybko opuszczamy Królową Karkonoszy i schodzimy na nielubiany przeze mnie szlak prowadzący na Przełęcz Okraj.
Cieszymy się, że ten fragment trasy robimy jeszcze za jasnego, bo po ciemku łatwo tu o groźny uraz. Ściemniać zaczęło się przy czeskim schronisku Jelenka, więc tu zakładamy czołówki. Do punktu kontrolnego na Przełęczy Okraj dochodzimy w dobrym tempie. Szykujemy się do nocnej wędrówki – zmiana ubrań, kawa, dokładna analiza mapy.
Zaczyna się pierwsza noc, trzeba przeanalizować mapę
Zaczyna się pierwsza noc, trzeba przeanalizować mapę
Mamy jeszcze „kawałek” lasem do Przełęczy Kowarskiej, gdzie wychodzimy z Karkonoszy i wkraczamy w Rudawy Janowickie. Przyspieszamy mijając punkt transportowy dla osób wycofujących się z Przejścia. Dla nas on nie istnieje.
Całe Rudawy przechodzimy w nocy. Uważać trzeba na kałuże oraz na błoto. Niestety przed Skalnikiem chwila nieuwagi i cały but Dominiki ląduje w głębokiej kałuży. Przeszkadza to w dalszej wędrówce. Na szczęście ognisko przy trzecim punkcie kontrolnym pozwala wysuszyć buty. Ten czas poświęcamy na wymianę skarpetek i naprawę stóp. Na Przejściu Kotliny nieprzypadkowo sudocrem jest nazywany „cudokremem”.
Odzyskane przy ognisku siły tak nas napędzają, że nawet nie zauważamy jak minęliśmy Wołek. Teraz musimy uważać, bo zaczyna się fragment zmienionej trasy. Nie możemy przegapić zejścia z żółtego szlaku w leśną drogę prowadzącą do Zamku Bolczów. Mamy pewne wątpliwości, ale szczęście nam dopisuje i idziemy w kilkuosobowej grupie – tak łatwiej w nocy nawigować.
 
Dochodzimy w końcu do ruin zamku, które w nocnym lesie są tak piękne, że opuszczamy grupę i spędzamy tu trochę czasu.
 
Droga stąd do Janowic Wielkich jest prosta. Co więcej – „czuć” już czekającą na nas zupę. Nic dziwnego, że humory nam dopisują.
Zamek Bolczów
Zamek Bolczów
W Janowicach niespodzianka – zupa nie tylko jest ciepła, ale w dodatku mamy wybór dwóch różnych. Nie chcemy jednak się zasiedzieć, bo nie po to tu przyjechaliśmy. Pogoda też nie zachęca do siedzenia. Wstępujemy jeszcze oczywiście do sklepu u Mirka, żeby uzupełnić zużyte zapasy. Wszyscy w kolejce biorą „zestaw przejściowicza”, czyli pęto kiełbasy i snickersa. Mi najbardziej zależy na energetykach i coli.
Motywacja w Janowicach Wielkich
Motywacja w Janowicach Wielkich
Zawsze za Janowicami zaczyna się kryzys. Mamy już w nogach 63 km marszu. Nadal trwa noc a trasa albo jest trudna albo nieciekawa. Mamy nawet pewne wątpliwości co do trasy, ale udaje się bez większego błądzenia. Przy podejściu na Różankę idziemy w kilkuosobowej grupie, ale nikt się nie odzywa. Każdy walczy ze zmęczeniem. Meldujemy się na punkcie kontrolnym i bez marnowania czasu idziemy dalej. Zmęczenie jest jednak ogromne. Napiszę tylko, że już kilka kilometrów wcześniej Dominika chciała wejść do kontenera na odzież używaną, żeby pospać w ciepłym.
 
Nie ma wyboru – czas na przerwę. Na Przejściu nikt nie patrzy na wygody – Dominika kładzie się na ławce a ja na chodniku. Pomysł z rodzaju tych mniej sensownych – ujadające psy dały nam znać, że tutaj nie pośpimy.
Taki nocleg w górach jest lepszy od 5-gwiazdkowego hotelu
Taki nocleg w górach jest lepszy od 5-gwiazdkowego hotelu
Trzeba iść dalej – w stronę Komarna. Organizmu jednak się nie oszuka. Dochodzimy do granicy możliwości i nie patrząc gdzie jesteśmy – schodzimy nieco z trasy, wyciągamy folie nrc i się kładziemy. Gdy się rozjaśniło, okazało się że to łąka i polna droga. Dobrze, że jakiś traktor nas nie rozjechał. Mi udało się pospać 4 minuty. Dominika nie usnęła, ale odpoczęła. Poranek jest jednak zimny, więc ruszamy żwawo do góry. Następnym naszym celem jest punkt kontrolny na Przełęczy Komarnickiej w okolicy góry Skopiec.
Tu niestety oznaczenie szlaku nie jest intuicyjne. Wieżę radiową omijamy z południowej strony a nie północnej jak nakazuje mapa. Mimo, że jesteśmy na wyciągnięcie ręki od punktu kontrolnego – zawracamy na prawidłową ścieżkę. Kosztuje to nas jakieś 20 minut, ale chcemy całą trasę przejść prawidłowo.
 
Pod słynnym „sandałowym drzewem” robimy kolejną przerwę na kosmetykę stóp i uzupełnienie kalorii. Przy tym zmęczeniu smakuje nawet bułka zjedzona razem z sudocremem.
Słynne "sandałowe drzewo"
Słynne "sandałowe drzewo"
Biała czekolada napędzała Dominikę
Biała czekolada napędzała Dominikę
Zaczyna się znany już mi z poprzednich Przejść potworny ból stóp. Droga przez Kapellę na Łysą Górę dłuży się niemiłosiernie. Tu znowu doceniam obecność Dominiki, która rzuca ciekawe tematy do rozmowy i zapominam na jakiś czas o bólu.
 
Gdy Dominika mówi mi, że pierwszy raz ktoś ją zabrał na 150-kilometrowy spacer, nie mogę się przestać śmiać przez kilkanaście minut.
 
Na Łysej Górze wybawienie – mobilny punkt Decathlonu, gdzie płacę złotem za plastry dające ulgę przy pęcherzach. To tu punktualnie o 12:00 rusza start Połowy Przejścia. My ruszamy przed 11:00 żeby nie utknąć na wąskich ścieżkach prowadzących na Okole.
Połowa Przejścia
Połowa Przejścia

Nie ma co ukrywać – jest źle, co najlepiej widać na fotkach z tego miejsca. Wyglądamy tak źle, że wolontariusze na punkcie kontrolnym nie pytają o nasze numery, tylko proponują kawę. To jedna z kilkunastu kaw na całym Przejściu – one wraz z energetykami ratują nam życie. Nie pomyliłem się – napisałem „nam”, bo Dominika (wielka przeciwniczka energetyków) pije je na równi ze mną. To najlepiej pokazuje czym jest Przejście. Za nami już ponad 24 godziny ciągłej wędrówki.

Alpejskie widoki w Górach Kaczawskich
Alpejskie widoki w Górach Kaczawskich
Chcemy jak najszybciej dojść do Szybowcowej Góry, gdzie według wskazań gps będziemy na 100. km trasy i gdzie zjemy dobry makaron z kurczakiem. Nie jest jednak dobrze. Między mną a Dominiką dochodzi do awantury o strategię dalszej wędrówki. Ja wiedząc, że przed nami druga noc, chcę zrobić przerwę na krótki sen na Szybie, gdzie mamy całkiem komfortowe jak na Przejście warunki. Zaraz wejdziemy w tereny leśne. Cały czas pada deszcz i trudno będzie później znaleźć suche miejsce do spania. Dominika nie wierzy w moje zapewnienia o kilku godzinach zapasu. Upiera się do dalszej wędrówki. Atmosfera robi się gęsta, ale kłótnia dostarcza nam zastrzyk adrenaliny i żwawym tempem idziemy w stronę Perły Zachodu.
Perła Zachodu
Perła Zachodu
Po raz pierwszy w historii startów na Przejściu nie błądzę na Gapie. To świetna wiadomość bo ból kolana i stóp jest tak ogromny, że nawet kilka tabletek Ketonalu nie działa a Dominika nie pozwala mi wziąć kolejnych.
 
Z urokliwej Perły Zachodu idziemy lasem w stronę stacji Lotosu w Goduszynie. Od kilkunastu godzin marzymy o hotdogu. Tu niestety szczęście nas opuszcza. Hotdogi się skończyły a nie mamy zamiaru czekać kilkunastu minut na to aż będą. Musimy zadowolić się kawą i ruszyć na kolejne newralgiczne miejsce – Komorzycę.
Dominika jeszcze wtedy nie wiedziała, że hot-dogów już nie ma
Dominika jeszcze wtedy nie wiedziała, że hot-dogów już nie ma
Hot-dogów nie było, ale kawą też nie pogardziliśmy
Hot-dogów nie było, ale kawą też nie pogardziliśmy
Tutaj w zeszłym roku błądziłem 2 godziny. Teraz w tym zimnie i mgle nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Podobne obawy mieli inni – z punktu kontrolnego wyruszył sznur czołówek. Chyba 30 osób – jeden za drugim – ruszyło na najtrudniejszy nawigacyjnie odcinek Przejścia. Tempo marszu bardzo szybkie. Wystarczyło przystanąć na kilka sekund, żeby wyciągnąć z plecaka colę i sznur czołówek znikał w gęstej mgle z pola widzenia.
W nocy najlepiej w większej grupie
W nocy najlepiej w większej grupie
W Wojcieszycach jesteśmy spokojni. Dalsza trasa jest łatwa nawigacyjnie. Zostawiamy grupę i na przystanku autobusowym robimy przerwę na zmianę skarpetek, kosmetykę stóp i uzupełnienie kalorii. To już druga noc praktycznie bez snu. Długo tak nie pociągniemy – musimy znaleźć jakieś miejsce do spania, co nie jest łatwe z powodu padającego ciągle deszczu. Wybór padł na Bobrowe Skały, ale mamy do nich jeszcze kilka kilometrów. Musimy trochę się więc przemęczyć. Miejscówka okazała się strzałem w „10”. Jest względnie sucho, jesteśmy osłonięci przed wiatrem, w dodatku spotykam znajomą z poprzedniego Przejścia, z którą niemiłosiernie błądziłem przez kilkanaście kilometrów.
 
Rozmowa jest krótka, bo znajoma zbiera się do wyjścia a my planujemy tu odpoczynek. Dominice udaje się usnąć na Bobrowych Skałach na jakieś 3-4 minuty. Ja próbuję, ale przeszywający ból stóp i kolan mi to uniemożliwia. Przerwa, choć krótka, dużo nam daje i ruszamy żwawo w stronę Górzyńca. Po kilku kilometrach w lesie zbliżamy się do tej części Piechowic. Tu dość długo walczymy z nietoperzem, który chyba postanowił się wkręcić w Dominiki włosy. Do dziś się zastanawiam czy to rzeczywiście nietoperz czy początek halucynacji ze zmęczenia.
Od Górzyńca zaczyna się jeden z moich ulubionych fragmentów trasy – kilka kilometrów mocnego podejścia do Zakrętu Śmierci. To już „moje” tereny. Idziemy więc na czele kilkuosobowej grupy, bo najlepiej nam idzie odnajdowanie szlaku w ciemności i bardzo gestej mgle.
 
Zakręt Śmierci to nie koniec podejścia. Przed nami kolejne kilometry mocno pod górę, w dodatku w strasznym błocie. Potrzebna kolejna przerwa. Dominika nie patrząc na padający deszcz, kładzie się na mokrej trawie i szybko zasypia. Ja nawet nie próbuję, bo wiem że ból mi na to nie pozwoli. Wolę ten czas przeznaczyć na przyjrzenie się stopom. Po kilku minutach budzę Dominikę i ruszamy do góry w stronę Wysokiego Kamienia.
Dominika nie wystraszyła się nazwy "Zakręt Śmierci" i poszła spać
Dominika nie wystraszyła się nazwy "Zakręt Śmierci" i poszła spać

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że właśnie zaczął się najtrudniejszy odcinek w kilkuletniej historii moich startów na Przejściu. Nie jestem w stanie opisać warunków, jakie panowały w Izerach w drugą noc Przejścia.

Zacinający deszcz, straszna mgła, przenikliwe zimno i błoto po kostki. Co z tego, że droga na Wysoki Kamień jest prosta, jeśli mgła powoduje, że nie widać nic przed sobą. Nie wiadomo gdzie jest szlak – idziemy po omacku, co oczywiście spowalnia nasze tempo. Na domiar złego zaczynają się halucynacje. Dominika widzi dom ze świecącym się światłem i kwiatkami na werandzie, ja mam wrażenie, że zjeżdżam na nartach ze skoczni. Co chwila przystaję, bo jestem na skraju przepaści. Po chwili jednak widzę, że przepaści żadnej nie ma.

Po minięciu Wysokiego Kamienia idziemy w kierunku Zwaliska, gdzie jest punkt kontrolny. Warunki pogarszają się z każdą minutą. O ile wcześniej były bardzo trudne, tak teraz są już ekstremalne. Nie widać kompletnie nic. Pojawia się kilkuosoba grupa, która sprawnie pokonuje ten trudny odcinek. Postanawiamy oczywiście trzymać się tej grupy. Po chwili niespodzianka – wszyscy rozpłynęli się w powietrzu. Do teraz nie wiemy czy mieli takie tempo czy to też były halucynacje.
 
Musimy iść dalej sami, ale tu kolejna niemiła niespodzianka. Od dłuższego czasu nie widzieliśmy oznaczenia szlaku. Wracamy kawałek, ale nic to nie daje. To duży problem, bo mgła jest tak gęsta, że nie widać nic. Dalsza wędrówka może oznaczać zabłądzenie, co w tych warunkach byłoby niebezpieczne. Pada mocny deszcz, wszędzie mokro, ale nie mamy wyjścia. Musimy przeczekać 1,5 godziny aż nastanie dzień i odnajdziemy drogę. Zaczynamy już wyciągać folię ratunkową, gdy nagle wraca do nas szczęście. Słyszymy jakieś głosy i nie są to halucynacje. Mamy ratunek w postaci 4-osobowej grupy, która widziała oznaczenie szlaku i wie jak wyjść w stronę kopalni kwarcu. Z pewnością zmówimy za nich kilka Zdrowasiek.
Dalsza droga jest prosta, ale męcząca z powodu bólu i przenikliwego zimna. Izery są nazywane polskim biegunem zimna. Rzadko kiedy narzekam na niską temperaturę, ale teraz mam na sobie 4 warstwy ubrań i się trzęsę. Na Cichej Równi porozumiewawcze spojrzenie między mną a Dominiką i od razu wiemy, że idziemy do leśnej wiatki na drzemkę. To będzie ostatnia przerwa przed metą. Udaje się nam nawet usnąć.
 
Dominika śpi kilka minut na stole, ja położyłem się na ławce. Zapomniałem jednak, że w czasie snu często przekręcam się na bok. Nic dziwnego, że po minucie miałem dosyć spania. Wkrótce ruszamy dalej, bo w tym zimnie długie przerwy nie są wskazane.
 
Na Dukcie Końskiej Jamy mój stan jest tak beznadziejny, że Dominika sama proponuje mi ketonal. Do mety jest już jednak tak blisko, że zaczynają dopisywać humory. Byle minąć Jakuszyce i wejść na „osławiony złą sławą Przedział”. W tym roku rzeczywiście było źle, szczególnie dla naszych kolan.
Słynny "Przedział" - kilka kilometrów brodzenia w błocie
Słynny "Przedział" - kilka kilometrów brodzenia w błocie

Przy Kamieńczyku uważamy, żeby na ostatniej prostej nie zrobić sobie krzywdy, ale już na metę wbiegamy – jesteśmy przecież biegaczami.

Na metę oczywiście biegiem
Na metę oczywiście biegiem
Meta osiągnięta po 158 km marszu i po 45 godzinach i 35 minutach. 2,5 h przed limitem. W tym składzie nie mogło być inaczej, mimo że była to jedna z najtrudniejszych edycji w 18-letniej historii. Metę osiągnęło jedynie 38% startujących.
 
To była wspaniała przygoda. Nieskromnie wspomnę, że powyższy opis wygrał w konkursie na relację z Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Szykuje się więc piąty start 🙂
Meta!
Meta!
Używamy plików cookies w celu optymalizacji naszej witryny.
View more
Akceptuję
Odrzucam